May 16, 2013

Madrid impressions


Right now I'm sitting at Sao Paulo airport,waiting for my flight to Peru. Nothing much to do and loads of free Internet, so I'd like to share some my pictures and impressions from Madrid, when I spent a couple of hours between the flights. We didn't have much time, but it was just enough for Museo del Prado, Retiro park, a couple of walks through the city streets, my first asparagus this spring and salmorejo cordobes, a vegetable cream served cold, which you can see on the last picture. I didn't make any plans, neither did I expext anything, I just wanted to let the city suprise me - I don't even remember when was the last time I was wandering the city without a proper plan or goal of getting from one place to another. If I was to choose one word to describe Madrid, it'd probably be "imperial". It's a city when even the narrow streets are pretty broad and where you could easily park a SUV withing a tube carriage. I have a feeling that it's one of those cities, which you have to get to know really deeply to be able to fully appreciate it. Otherwise it makes an impression of just another european city, slightly boring in a long run. I really hope I'll have a chance to do so one day!


Siedzę właśnie na lotnisku w Sao Paulo, czekając na lot do Peru, i chcę się z Wami podzielić kilkoma zdjęciami i garścią wrażeń z Madrytu. Spędziłam tam kilkanaście godzin pomiędzy lotami - wystarczyło na Museo del Prado, park Retiro, spacer po dzielnicy Latina, pierwsze w tym sezonie szparagi i salmorejo cordobes, warzywny krem z ostatniego zdjęcia, podawany na zimno. Wiedziałam że będziemy mieli mało czasu, postanowiłam więc nie robić zupełnie żadnego planu, nie spodziewać się niczego i pozwolić miastu się zaskoczyć. Nie pamiętam już kiedy ostatnio tak po prostu włóczyłam się po ulicach, bez konkretnych punktów do odwiedzenia. Gdybym miała wybrać jedno słowo na opisanie Madrytu, byłby to chyba przymiotnik "imperialny". W tym mieście nawet wąskie uliczki są szerokie, a wewnątrz wagonu metra można by spokojnie zaparkować sporych rozmiarów samochód. Wydaje mi się, że to jedno z tych miast które trzeba naprawdę dobrze poznać, żeby móc je w pełni docenić, prześlizgnięcie się po powierzchni zostawia wrażenie ładnego, europejskiego miasta bez specjalnego charakteru, które szybko może się znudzić - mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję poznać Madryt naprawdę.

May 14, 2013

Diggs of the month: April


April was a pretty intense month for me and I hardly had any free time at all. However, I've  managed to do few discoveries (it would be a very sad month if I didn't!) or at least re-discover things I'd forgotten about. Let me know what your April favourites were, I'm always super curious to read about them!


Kwiecień był dla mnie wyjątkowo intensywnym miesiącem i wolnego czasu miałam drastycznie mało. Mimo tego udało mi się odkryć kilka ciekawych rzeczy (co to byłby za miesiąc, gdyby się nie udało!), albo przynajmniej re-odkryć już znane. Podzielcie się też koniecznie swoimi znaleziskami, zawsze z niecierpliwością na nie czekam.


Amanda Brooks "I love your style" - book from the "style guides" shelf, which you could see on my previous "Diggs of the month" post's picture. It took me ages to read it, mostly because I felt like throwing it againts the wall more or less every five minutes. Usually I don't even read this kind of books, but I got tempted by a review written by Minmal Plan's author - I really feel sorry for you guys as her blog isn't translated to English, it's a great little place on the Internet. Anyway, even if Brook's book isn't a typical, Trinny and Susanah-style guide, she still doesn't avoid generalizations like "hats are only for people with straigh hair" and many more. As you can probably tell so far, it's not my favourite approach. She illustrates a lot of ideas in the book with pictures from her private archive, which could be a fascinating thing, a sort of visual style diary, if only she wasn't mentioning her rich husband and famous friends (with rich husbands) in every other sentence. I've decided to still feature it on my list as first of all it's full of unusual inspirations and can be a good starting point for more in-depth research and second of all, just because it irritates me doesn't mean it will irritate everyone.   

Martin Raymond "Trend Forecasting Handbook" - I bought this book quite a long time ago, it was my main handbook during my trend forecasting course in Warsaw, but I've re-read it recently as I started my internship in a company owned by its author - I'm hoping to tell you more about it very soon. If you're interested in discovering how exactly trend forecaster's job looks like, this is a really good starting point. It's also nicely put together when it comes to visuals.


Amanda Brooks "I love your style" - książka z kategorii "przewodnik po stylach", którą mogliście zobaczyć na zdjęciu z poprzedniego miesiąca. Czytanie jej szło mi wyjątkowo wolno, bo mniej więcej co trzy strony miałam ochotę rzucić nią o ścianę. Zwykle w ogóle nie sięgam po tego typu pozycje, ale zaciekawiła mnie recenzja autorki bloga Minimal Plan (jak już zajrzycie ją przeczytać, to rzućcie okiem na inne posty, jak już kiedyś pisałam - warto!). I faktycznie, na pewno nie jest to typowy poradnik a'la Trinny i Susannah, jednak Amandzie Brooks też nie udaje się uciec przed generalizowaniem - nie mam jej teraz przy sobie, ale o ile dobrze pamiętam, pojawiło się tam stwierdzenie że kapelusze czy czapki nadają się wyłącznie dla osób o prostych włosach, takich uwag jest zresztą dużo więcej. Amanda sporo przykładów ilustruje używając archiwalnych zdjęć, książka ma więc formę wizualnego pamiętnika stylu, co mogłoby być bardzo ciekawe, gdyby autorka podarowała sobie wspominanie o bogatym mężu i znanych koleżankach w co drugim zdaniu. Postanowiłam ją jednak umieścić na liście, bo jest pełna ciekawych, nieoczywistych inspiracji i może być traktowana jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań - Amanda podaje wiele adresów, tytułów książek, filmów itd. i część z nich jest naprawdę ciekawa.

Martin Raymond "Trend Forecaster's Handbook" - od dawna mam tę książkę na półce, była moim głównym podręcznikiem, kiedy studiowałam prognozowanie trendów w Warszawie. W tym miesiącu przeczytałam ją jeszcze raz, bo od kilku tygodni mam okazję pracować w firmie jej autora - napiszę o tym wkrótce więcej. Jeżeli ciekawi Was jak faktycznie wygląda praca "prognozowacza trendów", to ta książka będzie doskonałym wprowadzeniem. Niestety nie została przetłumaczona na język polski, podobnie zresztą jak "I love your style"
Searching for Sugar Man - I don't even remember when was the last time that so many different friends have reccomended me the very same movie, asking if I saw it already every time we met. And all of them forbided me to read anything about the plot before watching it, so I don't want to spoil this surprise for you either. Long story short, it's about a musician called Sixto Rodrigues and shows a phenomenon, which couldn't probably happen nowadays. It's a truly heartwarming film and the soundtrack is one of it's main highlights too. Do watch it guys! 

Games of Thrones - I'm not a crazy series person and it's quite rare when one of them catches my attention succesfully enough to keep me interested and make me watch it regularly. When it comes to the new season of Game of Thrones, I wake up one hour earlier on Monday (!) mornings to watch the new episode. I spent half of my childhood playing fantasy board games and then smoothly moved to Baldurs Gate and have never played another computer game since, as I belive that nothing can beat that masterpiece (well, maybe a BG III could), so I'm quite sentimental when it comes to dragons, swords and elixirs, but it's the great plot that makes me put Game of Thrones in my TOP 3 of favourite series, together with Northern Exposure and That 70's Show. I absolutely adore Tyrion, but I keep my fingers crossed for Daenerys. Team Khaleesi!


Sugar Man- już nawet nie pamiętam kiedy ostatnio tyle osób polecało mi jakiś film, ba, dopytywało przy każdej możliwej okazji czy może już widziałam. Każda z tych osób zaznaczała, żebym nic przypadkiem o filmie wcześniej nie czytała, nie będę więc też psuć niespodzianki tym z Was, którzy jeszcze nie mieli okazji go zobaczyć. W ogromnym skrócie - opowiada historię muzyka Sixto Rodrigueza, która wydarzyła się chyba w ostatnim możliwym momencie, w którym mogła się wydarzyć. Godna uwagi jest też cała muzyka - płyty Rodrigueza na stałe zagościły na mojej playliście. Zobaczcie! 

Gra o Tron - nie jestem serialowym maniakiem i rzadko któremu udaje się przykuć moją uwagę na tyle, żebym zaczęła oglądać go regularnie. Dla nowego sezonu Gry o Tron wstaję w poniedziałki (!) godzinę wcześniej, żeby zdążyć rano obejrzeć nowy odcinek. Może to kwestia tego, że pół dzieciństwa spędziłam grając w Magię i Miecz, a później przerzuciłam się na Baldur's Gate i od tamtej pory nie gram w gry komputerowe, bo uważam że nie można wymyślić niczego lepszego (no chyba że BG III), więc sentyment do smoków, mieczy i eliksirów robi swoje, ale poważnie rozważam umieszczenie GoT w swojej złotej trójce ulubionych seriali, zaraz obok Przystanku Alaska i That 70's Show. Jeżeli chodzi o bohaterów, to Tyrion jest zdecydowanie super, ale i tak kibicuję Daenerys. Team Khaleesi!

The Road is Home - one of those places that make Internet beautiful. If you haven't seen and read it already, do it now, springtime is a perfect time to explore its archives. It's a visual diary of Nirrimi, very talented yong Australian photographer, showing her dreamy photoshoots (like her breathtaking campaign for Billabong - 1,2,3,4,5), as well as her private life, with her beautiful daughter Alba in a very centre of it. Make sure to visit it, no excuses please.

The Road is Home - jedno z tych najlepszych miejsc w Internecie. Jeżeli jakimś cudem nie trafiliście tam wcześniej, wiosna to idealny moment. The Road is Home to blog/pamiętnik Nirrimi, utalentowanej dwudziestoletniej australijskiej fotografki, pokazujący robione przez nią sesję (na przykład piękną kampanię dla Billabonga - 1,2,3,4,5), ale także jej prywatne życie rodzinne, z cudowną małą Albą w centrum uwagi. Koniecznie, koniecznie tam zajrzyjcie.
Pole Dance - I have a very speciallist where I write down all the things I want to do in my life and all the places I want to see. It's quite long already and it keeps getting longer - maybe I'll publish some parts of it here. When I came across this video, I immediately added a "learn to pole dance" bullet point. And as I don't like to just talk about things without at least trying to do them, I signed up for a class a couple of weeks ago and I've already learned some basic tricks. I've also learned that it's much harder than it looks like and requires loads of strenght. I hope this sport has gained enough popularity in the previous years that I don't have to explain that it have nothing to do with strip clubs (where, paradoxically, usually no one actually dances on the pole), I just want to let you know that it's lots of fun, but also a very demanding workout - do give it a try when you have a chance!

Powiększenie - niedzielna audycja o modzie w radiowej Trójce, prowadzona przez Annę Gacek. Pamiętam że pierwszej słuchałam jeszcze w Polsce i nie przypadła mi go gustu - miałam wrażenie że jest jakaś taka rozmyta, o wszystkim i o niczym. Dałam jej drugą szansę kilka tygodni temu, szukając czegoś, co zajmie mi umysł przy prasowaniu, ruszyłam jednak w drugą stronę, od najnowszych odcinków, i tym razem bardzo mi się spodobała. Powiększenia można posłuchać online, szczególnie polecam Wam odcinek o Davidzie Bowie, z udziałem Poli Madej, stylistyki odpowiedzialnej za naszą sesję do Vivy Mody sprzed kilku lat. 

Pole Dance, czyli taniec na rurze - mam taką (długą i ciągle rosnącą) listę z rzeczami, które chciałabym w życiu zrobić i zobaczyć, może zresztą kiedyś opublikuję tu jej fragmenty. Odkąd zobaczyłam ten filmik, pojawiła się na nim pozycja "nauczyć się tańczyć na rurze". A ponieważ nie lubię mówienia o czymś miesiącami bez podejmowania konkretnych działań, zapisałam się miesiąc temu na lekcje i zdążyłam się już nauczyć paru sztuczek. Odkryłam też, że to dużo trudniejsza sprawa niż mi się wydawało, a już na pewno trudniejsza niż wygląda na filmach. Daruję sobie tłumaczenie, że to sport, który nie ma nic wspólnego z barami ze striptizem (gdzie rury zamontowane są zwykle w celach wizualno/wijących i mało kto faktycznie tam na nich tańczy), myślę że to dyscyplina, która na tyle się upowszechniła, że nie muszę już tego robić. Spróbujcie kiedyś sami, nie wiem czy robiłam kiedyś coś równie fizycznie wymagającego.

May 9, 2013

Mazda Design Kodo Bags

Szybkie przypomnienie - prace na konkurs Mazdy można wysyłać jeszcze tylko do jutra do północy. Więcej informacji znajdziecie tutaj, a w galerii projektów można zobaczyć już nadesłane prace - poniżej kilka przykładowych (wszystkie trzy są świetne!), ale jest ich sporo więcej. Powodzenia, trzymam kciuki!

May 7, 2013

Springtime in London


I started working on this post yestarday and its title is already out of date - we have proper summer in London now and I couldn't be more happy about it. I had a really lovely weekend and I'd like to share some of its bits and pieces with you as I've discovered lots of exciting new places. Let's do it the proper way and start with a breakfast - on Saturday I had it at Brockley Market, it's a weekly farmers market with everything pricey, eco and organic. But splurging on fancy bacon was really worth it - I absolutely loved almost everything I tried there. And it was quite a lot of food, as I started with a sandwich with orange-stuffed ham and followed it up with another one, this time with bacon and egg. I also had a chance to try rose-flavoured lemonade and dried pear for the first time, they were both delicious. As a dessert (can one even have a dessert right after breakfast?) I chose a gluten-free, wheat-free red velvet cupcake, but it was way too sweet for me. From what I've heard, you can also buy some really great coffee there and I saw a lot of real, crunchy bread - it's not a very common thing here in London. I'll definitely be there next week.


Tytuł, który zapisałam wczoraj, trochę się już zdążył zdezaktualizować, bo w Londynie nastało lato z prawdziwego zdarzenia - nic tylko piknikować w parkach! Miałam cudowny weekend i chcę się z Wami podzielić kolejnymi kawałkami miasta, które udało mi się w ostatnich dniach odkryć. Zaczynamy po kolei, czyli od śniadania, które w sobotni poranek zjadłam na Brockley Market, cotygodniowym farmerskim targu, na którym wystawia się wszystko co drogie, eko i organic. Warto było jednak szarpnąć się na ekskluzywny bekon i odstać swojego w kolejce, bo prawie wszystko, czego spróbowałam, było absolutnie genialne. Było tego całkiem sporo, bo od kanapki z szynką naszpikowaną pomarańczami płynnie przeszłam do kawałka kolejnej, tym razem z bekonem i jajkiem, do tego pierwszy raz w życiu spróbowałam lemoniady z róży i suszonych gruszek, a na deser wepchnęłam w siebie jeszcze bezglutenowego i bezzbożowego "red velvet" cupcake, który okazał się najsłabszym punktem programu, był potwornie słodki. Można tam też znaleźć podobno świetną kawę i co najważniejsze, prawdziwy, chrupiący chleb, który w Londynie jest rzadkością.

Brockley Market, Lewisham College Car Park, Lewisham Way, SE4 1UT

I spent the rest of the day wandering through Kew Gardens, beautiful royal botanical park, the biggest one I've ever visited. Apart from impressive palmhouses, I truly loved all the different kinds of fishes and sea monsters they have there - and the weirdest ones are not even on the pictures, as their aquariums were kept really dark.


Niemal całą resztę dnia spędziłam spacerując po Kew Gardens, królewskim ogrodzie botanicznym, największym jaki kiedykolwiek widziałam. Oprócz imponujących palmiarni największe wrażenie zrobiły na mnie ryby i inne dziwaczne stwory, chociaż tych najbardziej odkręconych nie dało się niestety sfotografować, bo pływały w zaciemnionym akwarium.

Kew Gardens, Kew Road, Richmond, London, Surrey, TW9 3AB
I'm wearing Zuzia Górska Bag, Motel dress and Bik Bok jacket

I've also discovered another restaurant really worth recommending - Angels and Gypsies in Camberwell. They serve Spanish tapas and even though it's not my favourite cuisine, I still really enjoyed all of the meals we had. We ordered seared rabbit fillet served in Moroccan way with cumin and chick peas, beef with apricotes and shaved Manchego cheese and another beef, this time with black bean, fried egg and horseradish - they were all delicious and more than enough for the three of us, even though the portions are quite small.


Odkryłam też kolejną naprawdę godną polecenia restaurację - Angels and Gypsies w Camberwell. Serwują hiszpańskie tapas i chociaż nie jest to moja ulubiona kuchnia, to wszystko wyjątkowo mi tam smakowało. W trzy osoby zamówiliśmy królika podanego w marokańskim stylu, z kuminem i ciecierzycą, wołowinę z brzoskwiniami i serem Manchego i jeszcze raz wołowinę, tym razem z czarną fasolą, jajkiem i chrzanem - wszystko było genialne i najedliśmy się mimo niewielkich rozmiarów porcji. Na deser dorzuciliśmy jeszcze churros z czekoladą, ale były mocno średnie - zdecydowanie nie miałam w ten weekend szczęścia do deserów.

Angels and Gypsies, 29-33 Camberwell Church Street, SE5 8TR

Speaking about food, on Friday I took part in "Insects au Gratin" workshops in Wellcome Gallery. They were focused on something that I'm particularly interested in - the food futures. The author of the project, designer Susana Soares, assumes that entomophagy, which is a nice word for eating insects, might be a solution for numerous problem we're struggling with when it comes to food. They're easily accessible and also easy to farm, they don't harm the enviroment in a way in which farming cattle does and are quite efficient when it comes to nutritional values - it's much easier to get a certain amount of protein from insects than from cows, pigs or chickens. 

The problem is that even though insects has been an important part of numerous world's cuisines, most of Western society still consider them disgusting. So Susana came up with the idea of using 3D printers, which seems to be very promising among different industries, to give them a more pleasent form and eliminate "the yuck factor". But even though I believe that both smuggling insects into our diet and 3D printing are great ideas, I'm just not sure if they can work together in this case, at least at the moment. According to Susana, you have to ground the insects by hand first, then put the powder into the printer, wait until it's ready (a good couple of hours, not to mention the costs), and finally cook the ready product. I feel that we could find a lot of more traditional, cheaper and definitely faster methods to do the very same thing. But I still found the workshops really fascinating, I had a chance to see the process of printing food for the first time in my life and last but not least, I could try several kinds of insects. I quite liked the ants, as they reminded me of those brown parts of popcorn, but those white bamboo worms really made me realize that I'm eating insects, which wasn't the most pleasent feeling in the world.


A skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to jeszcze krótka relacja z warsztatów o wdzięcznej nazwie "Insects au Gratin", w których miałam okazję brać w piątek w Wellcome Gallery. Były poświęcone czemuś, co ostatnio wyjątkowo mnie interesuje, czyli przyszłości jedzenia. Autorka projektu, Susana Soares, wyszła z założenia że wszelkiego rodzaju insekty mogą być doskonałym rozwiązaniem dla problemów z jedzeniem, z jakimi boryka się świat. Są łatwo dostępne i równie łatwe w hodowli, nie tak szkodliwe dla środowiska jak na chociażby hodowla bydła i bardzo wydajne, jeżeli chodzi o składniki odżywcze, uzyskanie z nich danej ilości białka jest dużo tańsze niż w przypadku "tradycyjnego" mięsa czy drobiu. 

Problem polega na tym, że mimo że robaki są od wieków jedzone w wielu częściach świata, większość zachodniego społeczeństwa uważa je za mocno obrzydliwe. Susana wyszła z propozycją, żeby użyć drukarek 3D, z którymi wiąże się bardzo duże nadzieje w przeróżnych dziedzinach, do nadania im bardziej przystępnej formy. Jednak mimo że i przemycenie insektów do naszego menu, i drukarki 3D jako takie mają według mnie duży potencjał, to w tym momencie nie widzę sensu łączenia tych dwóch kwestii. Według pomysłu Susany robaki trzeba najpierw ręcznie rozgnieść na proszek, wsypać do drukarki i zaczekać, aż proces drukowania dobiegnie końca (to dobre kilka godzin, już pomijając kwestię kosztów), a na końcu gotowy produkt ugotować. Mam wrażenie, że jest mnóstwo tradycyjnych, mniej skomplikowanych rozwiązań, które lepiej sprawdziłyby się w tej roli. Mimo tego warsztaty były niesamowicie ciekawe, miałam okazję pierwszy raz zobaczyć drukowanie jedzenia w akcji, no i spróbowałam przy okazji kilku insektów - mrówki są dość neutralne i smakują jak brązowe cząstki popcornu, za to białe robaki ze zdjęcia miały dość wyrazisty smak i naprawdę czułam że jem robale - jak możecie się domyślić nie jest to najprzyjemniejsze uczucie na świecie.